Jak NIE pisać w internecie (I). 3 przykłady złego copywritingu

Błędy popełnia każdy. Ten wpis nie ma na celu ośmieszenia twórców zamieszczonych tu przykładów. Celem jest zwrócenie uwagi na to, co może wpłynąć negatywnie na postrzeganie marki (niezależnie czy chodzi o markę osobistą, produkt, czy usługę).

Pisanie tekstów do Internetu rządzi się swoimi prawami. Możemy pozwolić sobie na więcej niż w tekstach naukowych lub oficjalnych. Kolokwializmy, zwracanie się do czytelnika na „ty”, skróty myślowe i odwołania do kultury popularnej są jak najbardziej na miejscu. Dzięki tym zabiegom nasza marka będzie bardziej charakterystyczna, łatwiej się z nią identyfikować i, co najważniejsze, zapamiętać.

I chociaż tekst stworzony na potrzeby bloga, strony sprzedażowej, newslettera, czy sklepu może mieć różne formy, a nawet może tą formą się bawić,  są zasady, których warto przestrzegać. Szczególnie jeśli zależy nam na zbudowaniu wizerunku eksperta.

Wiadomo- źle postawiony przecinek, literówka, link, który nie działa to nie koniec świata. I chociaż lepiej

, żeby nie pojawiały się w tekście, prawda jest taka, że zdarzają się nawet najlepszym. Takie rzeczy można jednak wyłapać i poprawić nawet po publikacji. Czasami może się zdarzyć, że błąd wyłapie czytelnik. Wtedy pozostaje podziękować, poprawić, a nasz wizerunek na tym na pewno nie ucierpi.

No właśnie. A co z błędami, których nikt nie wyłapał przed publikacją? To wymaga przeczytania tekstu po raz drugi, a często wygląda to tak, że po napisaniu nikt nawet nie rzucił na niego okiem. Opublikowany to odhaczony i zapomniany. A to prosta droga do niechlujnej treści pełnej błędów.

Inna sprawa to nieznajomość zasad rządzących językiem polskim. Bardzo często można natknąć się na teksty z błędami gamatycznymi, stylistycznymi i logicznymi. To również najczęściej wynik braku korekty i drugiego czytania.

Na koniec jeszcze taka uwaga- jak nie musisz, to nie używaj w swoim tekście przekleństw. Zresztą, zapraszam do zapoznania się z przykładami, na które ostatnio natknęłam się w sieci.

Problemy z gramatyką

Strona oferująca sprzedaż desek SUP

Na początek fragment tekstu, w którym tytuł jest ewidentnie zlepkiem dwóch wersji – „leć na wakacje” i „na wakacjach z deską”. W którymś momencie te dwie formy zostały połączone i wyszedł z tego błąd gramatyczny. O tym, że tekst nie został sprawdzony przed publikacją, świadczy również niezrozumiałe zakończenie: „Podczas Swoich wakacyjnych wyprawa bądź niezależny”.

Rozwiązanie? Przeczytaj tekst dwa razy, zanim wrzucisz go do internetu. A potem, na wszelki wypadek jeszcze raz.

Niestaranność

Blog na stronie agencji marketingowej

To przykład podobnej pomyłki. Tekst nie został sprawdzony przed publikacją i dwa ostatnie zdania (albo zdanie i fragment niedokończonego zdania) nie powinny znaleźć się w treści. W tym przypadku sprawa jest poważniejsza, ponieważ tekst dotyczy tego, jak powinna wyglądać treść tworzona do internetu. Jeśli ktoś zamierza swoimi tekstami budować pozycję eksperta, tym bardziej powinien zwrócić uwagę na takie niedoróbki.

Język niedostosowany do odbiorcy

Fragment newslettera marki biznesowej

Na koniec przykład newslettera, w którym autor zdecydował się na użycie przekleństwa. Stosowanie takich słów w kontakcie z czytelnikiem nie jest samo w sobie złe, i jeśli taka jest konwencja naszego dialogu z odbiorcą, jest to do przyjęcia. Jednak newsletter jest przeznaczony zarówno do stałych czytelników, przyzwyczajonych do tej formy komunikacji, jak i nowych. W tym przypadku, szczególnie że chodzi o markę biznesową, jest to jednak chyba zbyt daleko idąca nonszalancja.

O czym zatem trzeba pamiętać, pisząc do internetu (oprócz tego, że o tysiącach rzeczy)- przeczytaj dwa razy, sprawdź, popraw. A po publikacji przeczytaj jeszcze raz.

Jak NIE pisać w internecie (I)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.